Belka
Poniedziałek, 21 Stycznia 2019   imieniny: Agnieszka, Inez, Jarosław
Rejestracja Witaj: Gościu, Zaloguj się
 
Belka
 

Joanna Kołaczkowska o urokach kabaretu i uniejowskiej utopii

Data publikacji: 2018-12-20, Data modyfikacji: 2018-12-21
A A AWydrukDrukuj  
 
Program „Splątani miłością do muzyki” przyciągnął do Uniejowa kolejną, wybitną artystkę. Tym razem swoją osobą zaszczyciła nas Joanna Kołaczkowska – artystka kabaretowa i teatralna, która swoim wyjątkowo radosnym usposobieniem rozśmiesza widownię do łez. Gwiazda kabaretu poprowadziła dla uniejowskiej grupy integracyjnej warsztaty z autoprezentacji i emisji głosu, będące częścią przygotowań do grudniowych koncertów ze znanymi artystami.   W świecie kabaretu jesteś największą gwiazdą. Twoje występy doprowadzają wszystkich do łez szczęścia! Kiedy i w jakich okolicznościach odkryłaś, że Twoja osobowość pozytywnie oddziałuje na publiczność? Na pewno nie odbyło się to tak nagle. Był to, naprawdę, wieloletni proces. To, że lubię rozśmieszać, lubię być widziana jako osoba zabawna, łączy się z pewnym błyskiem. Zanim to odkryłam, to jeszcze nie wiedziałam, czy to ma sens, czy potrafię. Poza tym byłam jeszcze bardzo młoda i utwierdziłam się w tym przekonaniu dopiero później, kiedy już weszłam w skład grupy kabaretowej „Drugi Garnitur”. Pojechaliśmy na festiwale. Skonfrontowałam się z innymi grupami na festiwalu Paka w Krakowie, z innymi kobietami w kabarecie, z innymi aktorami, zobaczyłam, co oni potrafią, co potrafimy my i usłyszałam też bardzo dużo ciepłych słów. Jest to decydujący moment w życiu artysty. Później były też nagrody grupowe oraz indywidualne. Wtedy już dostrzegłam w sobie ten potencjał. Był to wieloletni proces i właściwie on się jeszcze nie zakończył, bo ja wciąż szukam w sobie nowych pokładów i zastanawiam się, jak dużo jeszcze mogłabym z siebie wydobyć.   Jakie to uczucie, widząc ze sceny tłum ludzi pękających ze śmiechu? Jest to oczywiście bardzo przyjemne, ale mam też świadomość, że tak ma być. Przez tyle lat utwierdziliśmy się już w przekonaniu, że taki jest nasz kierunek. My właściwie podczas każdego spektaklu odczuwamy ogromną przyjemność, satysfakcję. Cały czas dostajemy  potwierdzenie od publiczności: „Aha, ten kierunek jest dobry, to nam się sprawdza”. Chociaż oczywiście widownia nie jest też w stanie nam wyznaczyć kierunku. To my musimy sobie stawiać kolejne zadania, bo zdajemy sobie sprawę, że cokolwiek pokażemy, to publiczność też się będzie przy tym bawić. Naszym zadaniem jest przypilnować tego, by nie obniżać poziomu wystąpień.   Życie sceniczne z pewnością pełne jest niespodzianek i wielokrotnie coś wykracza poza scenariusz. Jaka była najśmieszniejsza sytuacja podczas występów, która totalnie Cię zaskoczyła? Było takich sytuacji bardzo dużo. Najbardziej zapamiętałam cztery. Jedna, jeszcze w kabarecie Potem, kiedy graliśmy skecz „Czerwony Kapturek”. Nasz kolega grał wilka, ja byłam Czerwonym Kapturkiem. Rozmawiamy sobie, pojawiają się jakieś kłótnie i wilk na chwileczkę się wycofuje. Patrzę, a wilk mi zniknął. Zniknął, ponieważ spadł ze 3 metry w dół. Jakby z wysokiego parteru, albo z pierwszego piętra! Spadł na plecy. Przerażona stałam, śpiewałam jakąś pioseneczkę i czekałam, aż wilk wróci. Wrócił, miał całe zakrwawione czoło i był blady. Był po prostu blady! To był Władek Sikora. Ja myślałam, że on za chwilę zemdleje. Pamiętam, ja też raz spadłam, wypadłam z krzesłem też zupełnie na plecy, ale to było coś tak śmiesznego! Na szczęście nic mi się nie stało. Kolejna taka zabawna sytuacja, kiedy mieliśmy skecz i śpiewaliśmy pewną piosenkę, podczas której koledzy trzymali na plecach wielki drąg , a na nim zawieszona była huśtawka, na której siedziałam, czyli oni byli moimi dwoma słupami. Oczywiście było im bardzo ciężko… Kiedyś zorientowali się w trakcie spektaklu, że nie wzięli tego drąga z samochodu. Na szybko zdjęli rurki od wieszaków. Spadłam w pierwszej sekundzie. Od razu! (śmiech) Rurki się złamały, a ja miałam wtedy problemy z kręgosłupem. Pewnego razu też podczas skeczu obierałam marchewkę bardzo szybko i miałam bardzo ostry nożyk, „za ostry”, ponieważ tak sobie pocięłam ręce, tak krwawiłam, że musieliśmy przerwać skecz i szukaliśmy kogoś na sali, kto ma plastry. Ludzie podchodzili, bandażowali. Także naprawdę są różne sytuacje, ale żadna nas nie przeraża, żadna.   W takich przypadkach trzeba się wykazać świetną improwizacją. Tak! My jesteśmy w takich momentach jak zwierzęta. Jak widzimy, że dzieje się coś ciekawego i niespodziewanego, to od razu budzi się w nas lew i włącza się improwizacja, że ho ho! Improwizacja to dar dla artystów, fantastyczna zabawa. Jest to całkowite wybicie poza schemat i właściwie na tym można budować same najlepsze sceny. My się tego nie boimy i nigdy się tego nie baliśmy. Jest wpadka, a my mówimy sobie: „Korzystajmy z tego, to jest teraz najlepszy dla nas moment!”. Zawsze po takich niespodziankach spektakl jest o niebo lepszy.   Krąży w społeczeństwie przekonanie, że osoby odgrywające w świecie teatralnym czy medialnym role pozytywnych, wesołych postaci, odbierane są jako te, które z uśmiechem na twarzy przemierzają ścieżki swojego niezwykle ciekawego, radosnego życia, bo dlaczego miałoby być inaczej, jeśli zarażają nas swoim pozytywnym usposobieniem. Czy to się rzeczywiście sprawdza? Wszyscy tak mówią. Dziwią się, że mam problemy, że jestem smutna. A ja właściwie prywatnie w życiu jestem w większości przypadków smutna. Zresztą myślę, że każdy człowiek tak ma. Musi być równowaga pomiędzy smutkiem a radością w sytuacji, gdy oddaje się dużą energię na scenie, a oddajemy jej naprawdę bardzo dużo. Wspólnie się napędzamy, widzowie nas, a my widzów. Wtedy też traci się trochę tej życiodajnej energii. Chociaż po spektaklu też jeszcze czuję się bardzo pozytywnie naładowana, ale potem musi nadejść ta chwila normalności. Trzeba przyjść do domu, posprzątać, przygotować dziecko do szkoły, coś ugotować. To jest normalne życie. Spotykamy z tym, że, np. jak jesteśmy na jakiejś imprezie, to ludzie się dziwią, że my tacy smutni. Mówią „patrzcie, co oni tacy smutni! Kawał lepiej opowiedzcie!”, a ja nawet nie potrafię kawału opowiadać. Potrafię swój kabaret zagrać, ale na scenie. Poza sceną chcemy być jak najnormalniejsi.   Czyli można powiedzieć, że jest to czysta gra bez krzty ukazania swojej prawdziwej twarzy? Oczywiście. Ja coś takiego mam. Czuję, że jak występuję w kabarecie, chociaż jest to tylko kabaret, jednak dla nas też w pewnym stopniu teatr i prawdziwa gra, staram się grać bardzo naturalnie. Dążymy do tego, żeby za bardzo nie wykorzystywać po pierwsze satyry, po drugie polityki, a po trzecie nie forsować zbyt przesadnie postaci. Kreowaliśmy mocne postacie, prześmieszne, mimo to staraliśmy się je odgrywać z dystansem, żeby nie było w tym przesadnego wygłupiania się i robienia z siebie małpy.   Masz sprawdzoną metodę na dobry nastrój i efektywne naładowanie pozytywną energią? Taką, wiesz, że jak wracasz do domu, to od razu poprawia Ci się humor. Oczywiście. Wracam do domu, siadam przed telewizorem i wtedy się zupełnie „odmóżdżam”, robię coś zupełnie innego niż robiłam do tej pory, np. oglądam kolejny odcinek ulubionego serialu, coś sobie podjadam, zrobię sobie litry, hektolitry herbaty, piję herbatę za herbatą i po prostu leżę, śpię, podkarmiam kota, potem coś gotuję. Po prostu właściwie nic. Uwielbiam to i w taki sposób się relaksuję, ale oczywiście jest też muzyka, jest czytanie, są spacery, basen, siłownia. Staram się aktywnie spędzać czas.   Jak sądzisz, dlaczego akurat w Polsce zakorzeniła się tradycja kabaretowa?  W innych krajach rozpoznawalne są jedynie stand up-y. Nasi zagraniczni sąsiedzi mają teatr komedii. Obawiam się, że my też do tego dojdziemy, ponieważ zauważyłam, że w tych krajach, w których cywilizacja dotarła troszkę wcześniej z uwagi na zmiany społeczno – polityczne, dużo wcześniej nastąpił podział, polaryzacja. Utworzyły się zespoły, nie kabarety, które rozśmieszały, robiły żartobliwe scenki itd. Ukierunkowało się to troszeczkę w stronę pewnego rodzaju show, takiego jak u nas. Trochę striptiz, trochę rozśmieszania, tu coś zagrają, tu ktoś zrobi fikołka, tu jakieś czary mary, tu jakiś zespół dziwny wystąpi. Taki miszmasz.  U nas też powoli zaczyna się to robić. Jest i kabaret i disco polo.   I teraz ostatnio też stand up. Oczywiście. To jest bardzo ciekawe zjawisko. Stand up-erzy w Polsce uważają kabaret za coś potwornie dennego i trochę z nimi walczą. Jedno i drugie środowisko puszy się na siebie.  Stand up-erzy śmieją się z kabaretów, a kabarety patrzą na stand up-erów z przymrużeniem oka, ale mam jedną refleksję. Najlepsi stand up-erzy w Polsce jednak wywodzą się z kabaretu, chociaż sądzę, że w pewnym momencie ten proces się zatrzyma – kto ma przejść z kabaretu do stand up-u niech przejdzie. Nastąpi polaryzacja. Będzie po prostu kiedyś w Polsce potężna grupa stand up-erów z wieloletnim doświadczeniem, bo na razie to krótko trwa. Będzie też grupa kabaretów, powiedzmy takich showmanów, będą też tzw. teatro – kabarety jak my, mniej pojawiający się w telewizji, i oczywiście teatr. Będzie to na pewno bardziej wyraźny podział. Teraz to się cały czas zmienia. Taka jest moja refleksja na ten temat.   Bardzo ciekawa wizja. W Polsce doskonale rozwija się też improwizacja. Jest mnóstwo świetnych grup, a wielu improwizatorów pochodzi właśnie z kabaretu. My także improwizujemy Kabaret Hrabi i wielu kabareciarzy zakłada grupy improwizacyjne. Improwizacja zabierze tych najlepszych kabareciarzy do siebie. I myślę, że w efekcie powstanie bardziej showmański kabaret. Taka estrada na zamówienie. Trzeba będzie rozśmieszyć na dany temat to rozśmieszymy. Na inny? Nie ma problemu!. Ja absolutnie nie twierdzę, że to coś złego, bo wszystko jest dla ludzi i taki rodzaj sztuki też może być potrzebny.   Przekazujesz publiczności ogrom pozytywnej energii podczas występów. A jak to było wczoraj na warsztatach w Uniejowie? Oddałam całą energię, jaką miałam w sobie. Dzieci są bardzo trudnym widzem. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w pracy z dziećmi, bardziej z dorosłymi. Prowadziłam warsztaty dla dorosłych osób, ale też takich, które są zdecydowane na to, co chcą robić na scenie, albo dla osób, które bardzo chcą stworzyć kabaret, mają przygotowane skecze i możemy wspólnie na bazie tych scenariuszy popracować nad szczegółami.  W przypadku dzieci jest zupełnie inaczej. Kabaret Hrabi stworzył parę lat temu kabaretowy program dla dzieci pt.  „Bez Wąsów”. Jest to kabaret dla dzieci w wieku 6-12 lat. Za każdym razem, jak to gramy, przeżywamy wszystko na nowo i bardzo się stresujemy. To ogromnie trudna sztuka zagrać dla dzieci. Dziecko jest widzem zupełnie nieprzewidywalnym. Ono samo jeszcze nie wie, jak się zachowa.   A czy na scenie podczas występów kabaretowych wiecie, jak zareaguje publika? Tak, my już to wiemy, naprawdę wiemy, bo tym sterujemy. Zarządzamy tym w taki sposób, że widz reaguje tak, jak my sobie tego życzymy. Oczywiście, jak inaczej zareaguje – wyjdzie, krzyknie, to my jesteśmy przeszczęśliwi. Kiedy podczas naszych występów widz wychodzi do toalety, to my natychmiast się tą osobą zajmujemy. (smiech) Śpiewamy na jej temat piosenkę, improwizujemy. Dowiadujemy się, jak ma na imię, czym się zajmuje… I to jest dla nas po prostu żer. Dlatego dzieci są widzem absolutnie nieokiełznanym i właściwie najtrudniejszym. Dużo lepiej przechodzą one takie warsztaty, kiedy maja jakieś konkretne zadanie. Na początku, jak rozmawiałam z nimi, zadałam im jakieś pytanie, to wiedziałam, że to trzeba jak najszybciej zakończyć, bo to nie są dorosłe osoby, które wiedzą o czym ja mówię. Dla nich to jednak był rodzaj jakiegoś kosmosu, trochę niezrozumiałego. A kiedy przeszliśmy do zadań, to one już wtedy absolutnie wiedziały, co mają robić. Podzieliliśmy je na grupy i od razu wszystko przygotowywali, pisali…  To było niesamowite! Kiedy mieliśmy warsztaty z dorosłymi ludźmi i mieli napisać jakiś skecz, jakąś scenkę, to bardzo często było tak, że siedzieli, zawieszali się nad tą kartką i pojawiał się stres, pojawiły się ich oczekiwania. A dzieci nie oczekują. One działają.  I tym właśnie mnie zaskoczyły. Często też błyskotliwością, tempem pracy, luzem.                                                         Powrócisz tutaj jeszcze do Uniejowa? Ja powrócę, już powiedziałam, powrócę tu i koniec! Absolutnie! Dziś z moją przyjaciółką Moniką byłyśmy w Termach.   I jak wrażenia? Odjazd! Po dwóch godzinach jestem już wykończona.   Co Cię urzekło w tym miasteczku? Najbardziej podoba mi się to, że jest tu taki bajkowy świat, taki gród, którym zarządzają świetni ludzie i wszystko jest takie super ułożone. Trochę jak w nie-Polsce. Jest tu porządek, jest sympatycznie i bardzo miło, naprawdę. Taka utopia. Uniejowska utopia.   Asiu, dziękujemy za przemiłe słowa i pozytywną energię! Będziemy tu na Ciebie czekać.   To już kolejne spotkanie w ramach programu „Splątani miłością do muzyki” finansowanego z Budżetu Obywatelskiego Samorządu Województwa Łódzkiego.  Projekt oficjalnie zakończy się 31.12.2018 r., ale zanim to się stanie, na uniejowskiej ziemi w ramach programu pojawi się jeszcze kilka znanych muzycznych osobistości. A więc… do zobaczenia!

Pełna treść wiadomości na: uniejow.pl/?p=45198
https:, Źródło artykułu: https:
 
Komentarze
Brak komentarzy, Twój może być pierwszy!
Autor:
Kod z obrazka:
Puste pole z komentarzem
Puste pole z podpisem
Wyszukaj
 
Kreska
Kreska
Dodaj artykuł
Najnowsze komentarze
 
    Kreska
     
    Polecane

    DOSTAWCY-INTERNETU-W-POLSCE-NAJLEPSZY-INTERNET

     




    Brak sond
     
    Newsletter
    Bądź na bieżąco z nadchodzącymi imprezami. Zapisz się na bezpłatny newsletter.
     
     
    poddębicki

    Powiat poddębicki - powiat z siedzibą w Poddębicach w województwie łódzkim. Został reaktywowany w wyniku reformy administracyjnej przeprowadzonej w 1999 roku. Powiat obejmuje gminy: Poddębice, Uniejów, Dalików, Pęczniew, Wartkowice, Zadzim.

    Powiat podjął współpracę zagraniczną z Łotwą (miasto Krasław), Ukrainą (rejon chmielnicki), Serbią (gmina Golubac), Chorwacją (dwie dzielnice Zagrzebia) i z Litwą (gmina Bujwidze w okręgu wileńskim).

    Atrakcjami ziemi powiatu poddębickiego są przede wszystkim liczne kościoły, zabytkowe parki krajobrazowe, rezerwaty przyrody, dworki i pałace. Na szczególną uwagę zasługuje Zamek w Uniejowie. Inicjatorem jego budowy w latach 1360-65 był jeden z najbliższych ludzi króla Kazimierza Wielkiego. Chodzi o abp. gnieźnieńskiego Jarosława Bogoria Skotnickiego.   

     

    Zgłoś uwagi - uzupełnij wszystkie pola